top of page
IMG_1361.jpeg

Idź złoto do złota? Czym jest wartość sztuki dzisiaj?

Wartość aukcji krajowych dzieł sztuki wzrasta, co dobrze rokuje na przyszłość. Motorem rynku nie muszą być rodzinne kolekcje klasyków zbieranych przez pół wieku lub odziedziczonych, ale nowe gwiazdy polskich sztuk plastycznych. Wspaniała wiadomość, czy też dalszy krok w stronę komercjalizacji? Tym bardziej, że część artystów o największych cenach aukcyjnych dokonuje udanej dekonstrukcji klasyki w ramach estetyzmu. I ma już wielu naśladowców, ale nadal wygrywa uwagę widza znakomitym warsztatem i siłą pędzla. Nic dziwnego, że trafiła do mody  jako popkulturowa kopia samej siebie w luksusowym wydaniu. Sztuka, która stała się produktem. Torebką, na której jest kopia samej siebie. Część środowiska artystycznego jest jednak odporna na pokusy rynkowe i komercyjne. Artysta, dzieło i odbiorca to nie produkt. To otoczenie, inne spojrzenie, wyczekiwanie zmian, a nawet katastrof. To sztuka zatopiona w konflikcie wartości i wyznawana środkami programowo na skraju estetyzmu. Dla nich tematem jest wojna, wykluczenie, automatyzacja. Widzą w tym ucieczkę od człowieczeństwa, zaborczo eksploatowanego przez technologie cyfrowe. Dylematy jak sprzed stu lat, ale to już nie jest atrakcyjna wizja nowoczesności i postępu, jak u futurystów, ale ponowoczesności, poszukującej entropii, gdzie się kiedyś wszyscy znajdziemy z naszymi bitami i kwantami. Zarządzani przez absolutnie totalną maszynę, wplątani w internet rzeczy, kiedy sami staniemy się rzeczą. Zbiorem kwantów i bitów, z kodem kreskowym zamiast dowodu osobistego. W świecie totalnej kontroli społecznej, w rękach globalnych korporacji, rządów totalnych i autorytarnych. Wyzwaniem dla sektora fundacji artystycznych jest znalezienie złotego środka. Pomiędzy wartością monetarną dzieł na rynku sztuki, a zachowaniem materii duchowej, która wiecznie w nas pulsuje i przybiera nowe formy. Ostatecznie to odbiorca doceni, co jest dla niego ważne, raz będzie to czysta niekomercyjna duchowość, a raz powielony wzór użytkowy.

Sztuka na osiedlach mieszkaniowych? Tak!

IMG_1347.jpeg

Picasso był prawdziwym innowatorem sztuki w inwestycji. Rysunki i plany warszawskiego osiedla WSM na Kole. autorstwa architektów, małżeństwa Syrkusów, spowodowały dnia 3 września 1948 roku wizytę artysty na budowie, kiedy stolica podnosiła się z powojennego gruzu. Artysta w nowym, nieoddanym jeszcze mieszkaniu na ul. Deotymy 48, narysował na ścianie warszawską Syrenkę z młotem zamiast miecza w dłoni (wymiary 170cm×180cm): "Gdyby chociaż zapytał nas, gdzie ma złożyć swój wspaniały podpis! Doradzilibyśmy mu z pewnością wielką sień wejściową, gdzie rysunek jego byłby codziennie oglądany przez wszystkich mieszkańców i gdzie można by organizować pokazy. Można przecież było utrwalić go, nawet oszklić całą ścianę. A tak..." (cytat - Helena Syrkusowa). Architekta dotknęła tutaj sedna idei sztuki w inwestycji. Dzieła sztuki powinny być obecne w miejscach dostępnych dla wszystkich, czyli częściach wspólnych na osiedlach. Niestety tak się nie stało. Pięć lat później dokonano "zgodnego z prawem" zniszczenia dzieła artysty, chyba jedynego takiego aktu w jego twórczości. Zamieszkująca mieszkanie osoba nie zniosła nieustannych wizyt w prywatnym mieszkaniu: "Ob. Franciszka Sawicka. Zarząd WSM nie stawia przeszkód w odnowieniu lokalu nr 28 przy ul. Deotymy 48 i wyraża zgodę na zamalowanie Syreny wymalowanej na ścianie pokoju przez artystę malarza Pikacco (pisownia oryginalna!). Polecenie telefoniczne tow. Wyrzykowskiego w dniu 12.VIII.1953. WSM Osiedlowe Warsztaty Naprawcze nr 2 na Kole" (cytaty za tygodnikiem "Polityka"). Przywróćmy estetykę naszym nowym osiedlom i zadbajmy o to już na etapie planowania. Inwestorzy otrzymają dzięki trwałej estetyce gwarancję reklamy i marketingu na kilkadziesiąt lat. Wystarczy zaplanować wydatki inwestycyjne w wysokości 1% na sztukę. Legenda obecności Picassa żyje w Warszawie już od 75 lat. Zamiast legendy już czas na realizację i obecność sztuki współczesnej i polskiego wzornictwa w budownictwie mieszkaniowym. Czas na prawdziwe innowacje w budownictwie.

Szał w Pałacu

IMG_1337.jpeg

Niedługo po powrocie z Paryża, w styczniu 1890 r., Władysław Podkowiński wynajmuje górny prawy belweder pałacu Kossakowskich, w Warszawie przy ulicy Nowy Świat obecnie mieszczący się pod numerem 19. W miejscu tym mieszka i tworzy do czasu swojej przedwczesnej śmierci. Podobnie jak Witold Gomulicki, który opisywał wrażenia z wizyty w pracowni Podkowińskiego, dziś również można mieć niebywałe doznania z odwiedzin tego wyjątkowego miejsca. Władysław Podkowiński, w okresie gdy jeszcze rysował, najwięcej czasu poświęcał życiu rodzinnego miasta – Warszawy. Jako malarz, tematu tego prawie nie podejmował. Wyjątkiem jest ulica Nowy Świat, malowana wzorem impresjonistów właśnie z okna jego pracowni (tytuł: Ulica Nowy Świat w dzień letni, 1892 r., technika/materiał: olej/płótno, wymiary: 120 x 84 cm). Dla porównania zamieszczamy rysunek i aktualny widok z okna pracowni, który wielokrotnie inspirował Podkowińskiego. Najbardziej elektryzująca jest jednak myśl, że w tym samym pomieszczeniu mogło powstać najsłynniejsze dzieło tego artysty Szał uniesień (1894r., technika/materiał: olej/płótno, wymiary: 310 × 275 cm). Zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że 24 kwietnia 1894 r. na kończącą się już wystawę warszawskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych Władysław Podkowiński przyszedł z dziełem Szał uniesień i w formie, dziś powiedzielibyśmy happeningu, stojąc na drabinie zadał płótnu 16 ciosów. Dzięki temu wydarzeniu obraz stał się legendą. Dziś uważany jest nawet za jedno z dzieł, które zapoczątkowały w Polsce symbolizm. Obraz Podkowińskiego pozbawiony jest literackiej treści, rozbudowanych metafor i kontekstu patriotycznego. Odwołuje się do emocji, rozkoszy i grozy. Wzbudza niebywałe doznania i dotyka najgłębszych warstw darwinizmu. Belweder w Pałacu Kossakowskich w okresie letnim to wyjątkowo nasłonecznione i nagrzewające się pomieszczenie, co mogło nie pozostać bez wpływu na ekspresję dzieła.  Niektórzy doszukują się w nim gruźliczej gorączki autora, inni manifestu nowej sztuki i buntu przeciw zastanym kanonom artystycznym. Być może miejsce to zasługuje na tablicę pamiątkową przy ruchliwym trakcie Nowego Światu.

Komu sztuka pomogła w czasie wojny?

IMG_1334.PNG

Kiedy Winston Churchill został poproszony o zmniejszenie funduszy na sztukę w celu wsparcia działań wojennych podczas II wojny światowej, odpowiedział: „Więc o co byśmy walczyli?”. Istnieje wiele źródeł twierdzących, że taka sytuacja nigdy nie miała miejsca. Jednak Churchill wyrażał podobne poglądy jeszcze przed rozpoczęciem wojny, w przemówieniu wygłoszonym w Akademii Królewskiej 30 kwietnia 1938 r. Wówczas odnosił się głowie do malarstwa i rzeźby, nietrudno jednak rozszerzyć jego poglądy na Sztukę w ogóle: „Sztuka czyni życie narodu kompletnym. Instytucje Państwa są dla niej wsparciem. Akademia Królewska w ramach mecenatu finansuje malarstwo i rzeźbę.”.

Pomimo kontrowersji wokół osoby Churchilla, jego osoba niewątpliwie wygrywa w plebiscycie na najwybitniejszego Brytyjczyka wszech czasów, na początku naszego stulecia, wyprzedając Newtona, Darwina i Lennona. W Polsce uosabia sojuszniczą zdradę, wśród swoich uważany za rasistę, ale i męża stanu oraz wielkiego przywódcę. Ostro zwalczał prawa kobiet, komunistów nienawidził tak mocno jak Hitlera.  W domu rodzinnym Churchilla pełno było dzieł sztuki, głównie obrazów starych mistrzów, on sam w młodości niezbyt interesował się sztuką. Dopiero w wieku 42 lat, podczas I wojny światowej, zainteresował się malarstwem dzięki czemu namalował niemal 500 obrazów głównie w technice olejnej. Nigdy nie dał się namówić na naukę malarstwa. Malarstwo pomagało mu głównie w walce z depresją, tworzył dla przyjemności, dla rozładowania napięcia spowodowanego ogromną odpowiedzialnością, jaką nosił na swoich barkach. Daje nam tym ważną lekcję o sztuce i o czerpaniu z niej zwykłej, prostej radości. Churchill uważał się za amatora pasjonata i nie pretendował do bycia uznanym artystą. Pomimo wielu kontrowersji wokół osoby i poglądów W. Churchilla, w tym dotyczących narodu polskiego, nie sposób przejść obojętnie wobec stanowiska jakie wyrażał wobec sztuki, zachowania dziedzictwa, w końcu aprobaty dla mecenatu państwa. 

W. Churchill to nie jedyny malujący polityk. Malowało wielu amerykańskich prezydentów: George W. Bush, Dwight Eisenhower i Jimmy Carter. Malował również premier Albanii Edi Roma. Od zawsze maluje aktualny brytyjski król Karol III.

bottom of page